1 listopada 2012

Ulubieńcy października

Październik się skończył i czas na podsumowanie po co sięgałam najczęściej i bez czego nie mogłam się obyć. Częściowo to moje wygrane kosmetyki. Nie są to wszyscy ulubieńcy, bo niektóre bym chętnie wstawiła jeszcze raz, ale już mieli swoje miejsce we wrześniowych ulubieńcach, a przecież nie będę się powtarzać. Paletka Sleek Oh so special towarzyszyła mi równie często w tym miesiącu jak i w poprzednim. Tak samo moje kremiki Bioderma i Dermika i żelowy eyeliner Rimmel, który jest dla mnie absolutnym hitem. 


1. Pomadka Lancome Rouge in Love 170N Sequins d'amour

Pomadka do ust. Nasycony kolor. Lekkość niczym piórko.
Jest to moje cudeńko, z którego jestem niesamowicie dumna. Pierwszy mój zakup tak drogiego kosmetyku. Po prostu musiałam, bo się w niej zakochałam. Na szczęście trafiłam na noc zakupów w Arkadii i na promocję -20%, więc te 92 zł mniej zabolało mój portfel niż 115. Totalnie warto było ją kupić. Miałam ją na ustach prawie codziennie. 
Piękny, intensywny i namiętny kolor. Konsystencja aksamitna, gładko się rozprowadza, dodatkowo pielęgnuje i nawilża usta. Trwała, bo utrzymuje się wiele godzin, czasami ponad 6, które gwarantuje producent. Schodzi równomiernie, nie roluje się. Po prostu ideał wśród moich pomadek. Jedynym minusem jest zabójcza dla przeciętnego portfela cena, ale w tym przypadku jakość jak najbardziej idzie z nią w parze. 


2. Pomadka Kryolan dla Glossybox Lipstick fashion Glossy pink

Jej kremowa konsystencja sprawia, że usta po aplikacji stają się jedwabiście gładkie i miękkie. Pomadka cechuje się zarówno właściwościami ochronnymi, jak i bogatą formułą.
Długo nie mogłam się do niej przekonać, ale w końcu mi się spodobała i mogłyście ją zobaczyć w moich makijażach m.in. cherry blossom make-up. Byłam na nie, bo źle się rozprowadza prosto z opakowania, dopiero pędzlem udało mi się uzyskać ten efekt jedwabiście gładkich ust. Kolor taki delikatnie różowy normalnie nie jest w moim guście, ale przydaje się do niektórych stylizacji. Ciężko mi ocenić jej trwałość, bo jest to kolor dość zbliżony do naturalnej barwy ust i po prostu nie wiem czy to jeszcze pomadka czy już moje usta, bo również schodzi równomiernie. 

3. Maskara Clinique high impact mascara

Mam ją z wymiany starego tuszu na nowy w Douglasie. Wg producenta maskara podnosi, podkręca, wydłuża i pogrubia rzęsy, czyli wszystko w jednym. W sumie potwierdzam. Super spektakularnego efektu nie ma, ale na co dzień spełnia moje wymagania. Klasyczna szczoteczka zapewnia łatwą aplikację zarówno na górne jak i dolne rzęsy. Nie zostawia grudek, nie skleja rzęs. Ładnie je rozczesuje i nadaje im piękny czarny odcień. Lekko je wydłuża i pogrubia. Jest to bardzo dobra maskara do makijażu dziennego, bo dzięki niej można uzyskać naturalny efekt, który utrzymuje się cały dzień bez rozmazywania. Podkręcenia za bardzo nie zaobserwowałam, ale po uprzednim użyciu zalotki nie jest źle. Zapach lekko alkoholowy. Nadaje się do wrażliwych oczu i jest to duża zaleta. Po cenie 89zł bym spodziewała się czegoś więcej od tuszu, a ten nadaje się wg mnie bardziej do dziennego makijażu, bo jakiegoś spektakularnego efektu nie zauważyłam. 


4. Maskara Clinique high impact curling mascara 

Również z wymiany w Douglasie. Pierwsza moja maskara z taką wygiętą szczoteczką. Z początku nie umiałam maksymalnie wydobyć jej atutów, ale w końcu ją ujarzmiłam i bardzo mi się spodobała. Nie robi efektu ciężkich rzęs i daje naturalny efekt. Nie skleja rzęs, tylko je podkręca i delikatnie pogrubia. Nie kruszy się i utrzymuje na rzęsach cały dzień nadając im głęboki, czarny odcień. Podobno ma to być bezzapachowa maskara, ale faktycznie ma lekko alkoholowy zapach, ale w końcu nie jest do wąchania, tylko do malowania rzęs i mi to nie przeszkadza. Szczoteczka nabiera trochę za dużo tuszu i trzeba ją wytrzeć z nadmiaru. Dużym plusem jest to, że nadaje się nawet do wrażliwych oczu i przy stosowaniu soczewek. Nie za bardzo się nadaje do malowania dolnych rzęs i sięgam wtedy po inną maskarę. Podobno można ją zmyć wodą, ale nie miałam okazji tego sprawdzić, bo stosuję standardowo mój płyn micelarny. Kupiłabym chętnie produkt pełnowymiarowy, bo jest to naprawdę fajny, ale cena 95zł za tusz jest troszkę wygórowana jak dla mnie. 

5. Róż Clarins Blush Prodige Illuminating Cheek Colour 06 spiced mocha

Wygrany w konkursie Douglas początkowo wydawał mi się za ciemny i nie wiedziałam właściwie jak go użyć, czy jako bronzer czy róż, więc aktualnie spełnia dla mnie funkcje raczej obu produktów na raz. Codziennie delikatnie podkreślam nim policzki starając się uzyskać naturalny efekt. Ma lekko czerwoną barwę, więc trzeba ostrożnie z aplikacją i uważać żeby nie przesadzić. Jest trwały i nie zauważyłam, żeby się odbijał na ubraniach, ani podczas dnia nie robią się plamy, tylko schodzi nieznacznie i równomiernie. Bardzo mi się podoba wrażenie jakie daje przy nakładaniu, a czuję się jakbym omiatała skórę jakimś niesamowicie mięciutkim puchem. Zasługa pędzla z opakowania to nie jest, bo go nie używam, a tym samym dużym pędzlem nakładałam róż z Astora i takiego wrażenia nie miałam. Taki dotyk luksusu na policzki. Cena 125 zł, ale to w końcu marka luksusowa i cieszę się, że go wygrałam. 

6. Podkład L'Oreal Lumi Magique C2 Rose Porcelain

Jak na tę porę roku jest dla mnie idealny. W lato go nie lubiłam, bo się za bardzo świeciłam, ale teraz jest super. Fajnie rozświetla skórę i ukrywa fakt, że późno chodzę spać i efektu zmęczenia nie widać. Idealnie dobrałam swój odcień i bardzo ładnie się stapia z moją skórą nie dając efektu maski. Łatwo się rozprowadza nie zostawiając smug. Nie wysusza skóry, tylko lekko nawilża. Krycie niedoskonałości umiarkowane. Ma delikatny, niedrażniący zapach. W połączeniu z pudrem dla mnie aktualnie stanowi idealną kombinację. 

7. Puder E.L.F. High Definition Powder

Transparentny puder, który udało mi się okazyjnie odkupić z blogowej wyprzedaży. Miałam go spróbować i okazało się, że to niezły produkt. Maskuje mi moje rozszerzone pory i o to mi chodziło, co do maskowania zmarszczek to się nie wypowiem. Jest w postaci białego, drobno zmielonego proszku, który trochę poprawia strukturę skóry - ideału nie ma, ale jest lepiej. Otula ją mięciutkim puchem i jest taka gładka w dotyku. Najważniejszym atutem jest to, że nie bieli, co niestety czasami robił mój SkinFood. Jak najbardziej polecam go do sesji zdjęciowych. Ja używam go na dzień, bo dobrze matuje i z podkładem L'Oreal bardzo dobrze się na mnie sprawdza. Cena 37zł nie jest dość wygórowana i pewnie kupię go ponownie. 

8. E.L.F. Eyelid Primer champagne

Jakąś bazę musiałam w końcu kupić i ta nie jest zła. Marzy mi się Eyeshadow Helper z Lime Crime, ale to jeszcze nie teraz. Może Mikołaj przyjdzie w tym roku. Zobaczymy. Jak na cenę 7,90 zł jest przyzwoicie. Makijaż utrzymuje mi się cały dzień i cienie się nie rolują jakoś strasznie aż do wieczora. Przy nakładaniu baza zostawia drobny brokat na powiece (pewnie to zasługa odcienia, który mam), ale bez problemu chowa się pod matowymi cieniami. Swoją funkcję spełnia i o to mi chodziło. 

9. Rozświetlający korektor Bourjois healthy mix 61 beige clair

Znalazłam go w promocji, więc kupiłam - jasny odcień, żeby faktycznie rozświetlał. Pod oczy się sprawdza doskonale. Maskuje cienie i oznaki zmęczenia. Worków nie schowa, bo już miałam okazję go wypróbować na osobie z dojrzałą skórą, ale sińce tak. Aplikacja pędzelkiem jest wygodna. Po przekręceniu zakrętki nie wypływa nadmierna ilość i nie rozlewa się. Generalnie mam słabość do kosmetyków od Bourjois, więc mi się podoba. Cena 35zł jest przystępna, produkt jest dobry i wart uwagi. 

10. Cienie Astor Eye Artist Eye Shadow Palette 120 Smokey Brown

Najczęściej sięgałam po złote cienie z tej paletki. Jak dla mnie są piękne. Używałam ich do rozświetlania wewnętrznego kącika, żeby uzyskać cieplejsze spojrzenie, ale też okazały się przydatne do makijażu arabskiego i do mojej zimowo-jesiennej inspiracji. Efekt przy rozświetlaniu jest taki świeży i promienny. Cienie są mocno perłowe i pięknie się mienią na powiece. Na bazie są trwałe. Żeby uzyskać mocniejszy odcień, niestety trzeba dużo ich nałożyć, ale to mają do siebie kosmetyki Astor, że ciężko sobie nimi zrobić krzywdę zbyt mocnym makijażem. Innych odcieni jeszcze nie miałam okazji wykorzystać, ale może w końcu znajdą swoje zastosowanie. Cena 35zł jest rozsądna, a kolory śliczne. 


Domi.

13 komentarzy:

  1. Astor ma piekne kolory,ale za 30 zł to własnie bym wolala paletke sleeka;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kolejna sleekomaniaczka :D ja też uwielbiam sleeka

      Usuń
  2. miałam ten puder z elf'a i uważam, że jest bardzo fajny jak na swoją cenę :)
    lubię kosmetyki z elf :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja też się do nich przekonuję ;) puder fajny, choć na wizażu został obsmarowany...

      Usuń
  3. kocham paletki Astor mam wersje limitowaną i Indiana Evenings :D świetne są - co do tuszu Clinique ten zielony to dramat...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na dzień nie jest taki zły. :) a paletki Astor są mocno perłowe i nie zawsze mi pasują

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. co osoba to inna opinia jak widać. mi też pasuje :)

      Usuń
  5. Paletkę Astor też bardzo lubię, piękne kolory tych pomadek. Cudo!:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja lubię szczególnie złote cienie z tej paletki. co do reszty to jeszcze się nie wypowiadam :)

      Usuń
  6. te cienie Astor do mnie mrugają...

    OdpowiedzUsuń
  7. teraz astor w rosmanie tansza kurde zaluje ze nie wzielam wczoraj

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny i zapraszam częściej!

Na wszelkie pytania odpowiadam pod komentarzem.

Pamiętaj, że to nie jest miejsce na reklamę. Komentarze z reklamami automatycznie trafią do spamu.